Lady Gonzo
Lady Gonzo wydaje się mniej dopracowanym projektem studyjnym, a bardziej pomysłem z późnej nocy, który ożył na ulicach. Seria opiera się przede wszystkim na atmosferze — takiej, którą naprawdę zauważasz dopiero po zmroku. Dachy, ciche boczne uliczki, świecące znaki w oddali, puste zakątki miasta, które nagle wydają się żywe. Każda lokalizacja dodaje własny nastrój do opowieści.
To, co wyróżnia ten projekt, to jak blisko wszystko się czuje. Kamera nie trzyma się z daleka i nie stara się wygładzać sytuacji. Po prostu podąża za tym, co się dzieje. Niektóre momenty wydają się chaotyczne, inne zaskakująco spokojne, ale nic nie wydaje się wymuszone. Ta mieszanka kontroli i chaosu nadaje serii charakter.
Osoby zaangażowane nie wydają się zainteresowane graniem na bezpiecznej stronie. Jest w tym poczucie wolności w tym, jak się poruszają, mówią i reagują. Nie wygląda to na starannie wyreżyserowane, i to właśnie dlatego działa. Masz wrażenie, że oglądasz coś, co dzieje się na żywo, a nie tak, jak to było zaplanowane.
Na koniec, Lady Gonzo przypomina noc, której nie zaplanowałeś z wyprzedzeniem. Wychodzisz, coś niespodziewanego się wydarza, a dopiero później zdajesz sobie sprawę, jak intensywny był ten moment. Jest nierówna, niespokojna i pełna osobowości — i to sprawia, że jest niezapomniana.














